po raz kolejny muszę stwierdzić, że nic nie niesie ze sobą tak olbrzymich pokładów emocji, jak muzyka.
silna indywidualizacja muzyki pozwala stworzyć własny świat szczególnie ważnych dźwięków i słów w naszej głowie, przywoływanych później, zmieszanych ze wspomnieniami. i wtedy nagle piosenka placebo staje się też naszą piosenką, a brian molko śpiewa tylko dla nas i o nam tylko znanych sprawach. nic innego nie jest równie dosadnym katalizatorem uczuć. niesamowite jest odkrywanie nowych ścieżek, muzyczne podróże, dzięki którym w jednej chwili słuchamy radia sunąc żółtą taksówką w NY, a w drugiej bębnów w afryce; bycie otwartym i poszukiwanie nowych doświadczeń, przede wszystkim - niezamykanie się na jeden styl czy wieloznaczność. chodzi właśnie o to uszczknięcie dla siebie czegoś z każdej nowej stylistyki, która niekoniecznie przypada nam do gustu i zachwyca samą sobą, ale zachłystujemy się spotkaniem z nią, świeżością, samą kwestią poznawania i odkrywania, czyli chyba najmagiczniejszym, ale i najbardziej wymagającym etapem procesu, jakim jest słuchanie muzyki. najcudowniejsze jest jednak to, że mimo wszelkich podziałów, barier i zindywidualizowania, kilka nut potrafi stworzyć jedno wielkie zjednoczone uniwersum, oddziałując na każdego w jakiś uniwersalny sposób - setki osób zgromadzonych obok siebie, wykrzykujących te same słowa i uczestniczących w jednej i tej samej chwili - sekunda po sekundzie - muszą na pewnej płaszczyźnie uzyskiwać porozumienie, czuć podobnie, czy nawet tak samo; w dodatku inicjator całej tej skomplikowanej reakcji stoi kilka metrów od nas, świadom, że jest jednym z jej najważniejszych składników
- a przynajmniej ja lubię sobie tak właśnie to wszystko wyobrażać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz