pierwszy od lat (wielu) sylwester, spędzany we własnym pokoju.
z pozatykanymi total uszami, końskim antybiotykiem na szafce nocnej, z chustkami, które się skończyły, laptopem grzejącym kolana i gatsbym rozwalonym gdzieś na podłodze, na niewiadomej stronie, a na pewno nie na tej, na której zakończyłam ostatnio czytanie. i oczywiście z ogromnymi, potężnymi, wprawiającymi moje kochane łóżko w drżenie hiper turbo basami od ona tańczy dla mnie, beznadziejnym niemieckim hitem euro 2012 (o-o-o-oooo-o), gangnam style i wyhajpowanym call me maybe (oraz mnóstwem innych disco utworów, których tytułów nawet nie znam i nie chcę nigdy poznać), czyli playlista ze starego roku mojego małego sąsiada i jego kolegi, w ostanim dniu starego roku właśnie. skandal, ale kto zabroni w sylwestra.
jako że boję się przypuścić kontratak jakimś ciężkim graniem (mogłoby to poskutkować bitwą muzyczną na coraz gorsze i głośniejsze kawałki, a nie dość, że możliwości mojego laptopa są ograniczone, to jeszcze nie może się pochwalić tak wspaniałymi membranami), a nie mogę sobie nawet słuchawek w uszy wsadzić (zatyczek nie posiadam), skłoniło mnie to do corocznego podsumowania, o którym zapomniałam.
styczeń
luty
marzec
kwiecień
maj
czerwiec
lipiec
sierpień
wrzesień
październik
listopad
grudzień
i właśnie tego sobie życzę na nowy rok. dużo siły, zapału, niepoddawania się.
don't dream it's over.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz