kino jednego widza zaproponowało kolejny seans w tym samym guście, co ostatni i była to propozycja nie do odrzucenia, niczym z ojca chrzestnego.

film był o szczerości, a ja, jako główna bohaterka, wyrzucałam z siebie to wszystko, co się we mnie gnieździ od dawna, a czego pewnie adresat owych słów nigdy ode mnie nie usłyszy. a potem, przez chwilę, zaczęły się realizować stare nadzieje i plany, które dawno temu zakopałam w czeluściach swojej głowy. na szczęście mój mózg włączył w odpowiednim momencie wielki, czerwony, pulsujący alarm, projekcję przerwano w połowie i wyproszono mnie z sali, bym nigdy już nie zobaczyła, jak się ona kończy.

nigdy nie sądziłam, że słowa z 24 wersu the scientist nabiorą jakiegokolwiek znaczenia.

a teraz myślę jeszcze więcej, zastanawiam się jeszcze więcej i wiem coraz mniej

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz